czwartek, 8 lutego 2018

Nadal jest osobliwie. Mamy pewien problem, przez który nie bardzo da się normalnie żyć. Problem jest trochę od czapy i jakby nie z tego świata. Próbowaliśmy praktyk szamańskich i chrześcijańskich i póki co nic. I przez - wydawałoby się - drobnostkę, nie możemy normalnie żyć. A wcale niedużo nam wspólnego czasu zostało. Przykro.
Dziś znów był tłusty czwartek. To taka rocznica. Więc znów poszliśmy jeść pączki, znów w Zemście. Wszystko już było trochę inaczej. Miejsce to samo i stolik, i pogoda. Ale nawet pączki inne. I my inni i inaczej. Zagraliśmy w gry (przegrałam), poszliśmy na grzańca i na łyżwy (nadal nie umiem bez trzymania). Bałam się, co to będzie. Bo czasem jest wszystko w porządku, a potem zupełnie nagle nie jest, nie wiadomo, dlaczego, może przez tę dziwną sprawę. I odwrotnie, nagle znów wszystko jest na swoim miejscu. I dzisiaj było na swoim miejscu, cała układanka się dobrze ułożyła.
I dostałam takie malutkie pudełko po cukierkach, a w tym pudełku był cały ten rok. 12 miesięcy w jednym małym pudełku, w kieszeni.

niedziela, 28 stycznia 2018

Co za czas! Jestem obecnie w zawieszeniu między tym wszystkim, co tu, a tym nieznanym, co tam - na Bałkanach. Wciąż jeszcze nie jestem pewna, czy to się naprawdę stanie. Zabawne, że można wygłaszać swoje własne samospełniające się przepowiednie.
Było w styczniu dużo pracy. W zasadzie była ta praca już od sierpnia. Niektórzy tak długo organizują ślub i wesele i tyle w to wkładają serca, a ja włożyłam w konferencję. I zacna to konferencja była, mieliśmy kolorowe obrusy, świece, sitar, kadzidła, osobliwe referaty i miłą atmosferę. I hipisów-weteranów w tych akademickich okolicznościach. I nie wiem, co z tą kontrkulturą dziś. Nadal zmienia świat? Nie ma jej już? Będzie jeszcze znów? Dla mnie (nas) mam nadzieję, że zawsze, nawet w wymiarze donchichoterii, oddolnej walki ze złym światem i w eskapizmie wśród zielonych letnich łąk. To nie do końca o to chodzi, ale skoro nie można mieć wszystkiego...





***
A dziś krzyczą żurawie. Od wczoraj już krzyczą, chyba wróciły. Nie wiem, co takiego jest w tych ptakach, ale aż mi trzewia rozrywa przez nie. Nie od zawsze je słyszałam (co szokujące, nie wszyscy w ogóle je kiedykolwiek słyszeli), ale od paru lat czekam na ich krzyki. Zwykle wtedy kończy się zima, pachnie już łąką i uczuciem z dawnych lat, że się wszystko jeszcze może zdarzyć.

piątek, 29 grudnia 2017

aquarius?

Mam takie wrażenie, że w kontrkulturowym zrywie starano się zmienić świat, dziś natomiast wmawia nam się, że świat jest w porządku i jeśli się komuś coś nie podoba, to znaczy, że z nim jest coś nie tak i nad sobą ma pracować - nad swoim nastawieniem, traumatycznym dzieciństwem, stylem życia, dietą, whatever. I mam też wrażenie, że to strasznie gówniane.

Przeczytałam "Sztukę kochania" Wisłockiej. Tyle lat minęło, a wciąż wiele jest do zrobienia. Kiedy przypominam sobie swój WDŻR to widzę zajęcia z katechetką (!), głównie o podpaskach, bo nawet nie o tamponach oraz drugą część - z matematyczką: że seks to niechciana ciąża i choroby weneryczne plus pogadanka o ewentualności przyjaźni damsko-męskiej. To wszystko. Nie rozmawiali z nami o seksie ani w szkole ani w domu. W efekcie sprawy poszły do przodu o tyle, że wiemy już, skąd się biorą dzieci i jak nie złapać aids. I to z grubsza tyle. Potem zdarza się, że ludzie myślą, że mają odpowiednie sprzęty i to wystarcza, wszystko będzie przebiegało jak w hollywoodzkich filmach. Rach ciach ciach i superodlot. Nikt się nie przejmuje szczegółami technicznymi czy komunikacją. No bo jakie tu mają być szczegóły? Jest taka część, pasuje do takiej i nie ma wielkiej filozofii w tym. No i jaka komunikacja? To jest temat tabu, od dziecka, nazewnictwo nawet jest wulgarne albo głupie, więc jak o tym gadać? Plus wielki mur wstydu. Więc potem on myśli, że ona zawsze może i że to, co i jak robi wystarczy, ona nie umie powiedzieć, że nie, pokazać też nie za bardzo, liczy, że on się domyśli, on się nie domyśla, ona się zniechęca, zamyka, on się zniechęca, żadne nie jest zadowolone. W oparciu o dzisiejszą rozmowę z Wiceprezesem - takie kwiatki też w związkach homo. Słabo.

Czytam też "Wannę z kolumnadą" Springera i widzę tam te wszystkie okropne budynki straszące w Polsce. Doprawdy nie wiem, jak jest poza Polską, ale czuję, że bloki w kolorze tęczy to nie najlepszy pomysł, nowoczesne galerie wśród zabytkowych kamieniczek podobnie, tak samo jak szklano-drewniany blok pośrodku starego osiedla ze wielkiej płyty. I jest brzydko. Ale to też nie jest istotne przecież. Trzeba budować wszystko jedno jak, byle się sprzedawało i trzeba mieszkać również wszystko jedno jak, byle mieszkać. Nie musi być ładnie. Zresztą - srylion kolorów na jednym bloku to ładnie, prawda? Lepiej niż szarość. O rany. Ale o tym też nikt nam nie mówił, bo najważniejsze, żeby tłuc w każdej klasie historię żyznego półksiężyca i potop szwedzki.

Takie sprawy jak to, w jaki sposób dbać o środowisko, jak działać, żeby mieszkać ładnie, jak się kochać, żeby się od siebie nie oddalać są przecież nieistotne. I potem jeśli ktoś jest dociekliwy/inteligentny/ma wrodzony zmysł lub szczęście spotkania na swojej drodze bardziej świadomych ludzi - ma farta i zobaczy więcej, może nawet coś uda mu się zmienić. Ale nie każdemu się przydarzy. A to wszystko jest przecież nasze, wspólne. I tego też się nie mówi.

Podsumowując, byłoby całkiem nieźle, gdyby tego typu pozycje znalazły się w kanonie lektur.
Moja matka widząc mnie czytającą Wisłocką powiedziała 'o, czytasz Wisłocką. fajna książka. ale może nie czytaj, bo tak się uświadomisz, że już nic ci się nie będzie podobało'. Lepiej nie drążyć?

Poza 2 książkami obejrzałam też 2 filmy, wolnego wreszcie trochę. Mr. Nobody po raz X. Wielbię ten film. Zawsze daje tyle pytań i odpowiedzi. I cóż, wiem doskonale, co/kto jest moją Anną. Tylko co z tego. Gmatwa się wszystko tak bardzo i nawet niepozorne wybory niosą tyle konsekwencji. Nemo i Anna. Ale poza tym - każda relacja tam, każda ścieżka z początku wydawała się dobra, a potem? Obcość. Czy czas zacznie kiedyś płynąć wstecz i wszystko się wygładzi, wyprostuje, rozpogodzi? Byłoby wspaniale.

Melancholia. Von Trier niezawodny, przynajmniej jak dla mnie. Zło i obłuda - choć przecież świat nie zawsze tak wygląda. Ale często się zdarza. Więc czy ma sens dłuższe istnienie tego wszystkiego? Zastanawiam się, co bym zrobiła ze swoim czasem, gdybym wiedziała, że za 5 dni się skończy  - nie tylko mój czas, ale czas generalnie, skończy się wszystko dla wszystkich. Trwoga i troska. Miałoby sens jeszcze troszczyć się o sens?
- Gdyby zostało 5 dni, rzuciłbym doktorat.
- Ja też, z rozkoszą.

Tak czy owak, zdaje mi się, że coś poszło nie tak. Mamy drugą dekadę XXI wieku, wycinamy lasy, zabijamy zwierzęta, nie lubimy siebie i siebie nawzajem, wokół nas jest brzydko i między nami jest brzydko, stawiamy mury, nie uśmiechamy się do siebie, nie umiemy ze sobą rozmawiać, ars amandi jest abstrakcją, jest bieda i głód i tony marnowanego jedzenia. Na szczęście wydaje mi się też, że zaczyna się to powoli zmieniać, jak gdybyśmy zaczynali wychodzić z jakiejś złej, nieludzkiej ery. Nie wiem tylko, czy pójdzie nam na tyle szybko, żeby naprawić to, co spierdoliliśmy.

A jak nie:

niedziela, 24 grudnia 2017

wartime lovers

Mam ostatnio masę dziwnych snów. Cieszę się, bo dawno nie było żadnych. Ale ostatnio mogę więcej spać, więc śpię po 12 godzin i śnię naprawdę ciekawe sny.
Śniło mi się na przykład, że było lato i ja, Noelle i Kamala byłyśmy u mnie na osiedlu, a nastroje były pełne niepokoju. W kraju wybuchły zamieszki, rewolucja, nie wiem. Ale byłyśmy po drugiej, mniej licznej stronie, więc czułyśmy się niepewnie, ale i doniośle. Moje osiedle to koniec świata, więc mała była szansa na to, żeby cokolwiek się tam wydarzyło, ale mimo to nastrój się utrzymywał. Poza tym świeciło słońce, trawy były zielone, a my miałyśmy na sobie długie, lekkie sukienki. W pewnej chwili przyjechało granatowe auto, które rozpoznałyśmy z dawnych czasów - a z niego wysiadł nasz znajomy kapitan i trzech innych typów. On wyglądał, jakby przed chwilą coś się wydarzyło - brudny, zmęczony. Ale zadowolony. Kim byli oni, nie wiem, choć we śnie wiedziałyśmy, że jeden z nich to Kostka i witałyśmy się z nim serdecznie, drugi wyglądał jak gitarzysta z podmoskiewskiego śmietniska, a trzeciego pamiętam jak przez mgłę. Wpadliśmy wszyscy do bagażnika, wielkiego niczym łóżko w Mikołajkach i leżeliśmy tam, zajęci oglądaniem nieba i przebywaniem ze sobą. Było nam błogo i beztrosko. Ale nadchodzący tłum wybił nas z rytmu - z naprzeciwka zbliżał się jakiś pochód i my wiedzieliśmy, że oni to oni i że nie jesteśmy z nimi, wiedzieliśmy też, że oni wiedzą, że my to my i że nie jesteśmy z nimi. Musieliśmy wiać, umówiliśmy się, że się rozdzielimy i spotkamy na łące. Auto odjechało, Kamala została z jednym z naszych towarzyszy, a Noelle i ja poszłyśmy w kierunku tłumu, ale oni wcale nie chcieli z nami gadać, byli źli i chcieli nam zrobić coś złego. Nim się jednak ostatecznie zbliżyli, ni stąd ni zowąd pojawił się inny tłum - kolorowy, radosny i w dzwonkach - i oddzielił nas od tego złego pochodu. Kolorowy tłum tańczył, śpiewał Hare Kryszna, w końcu rozbrzmiała muzyka, podobna do tej:
https://www.youtube.com/watch?v=_VAgqIe2PtE
i wtedy obejrzałyśmy się za siebie i zobaczyłyśmy, jak Kamala spokojnie wkracza na zieloną łąkę, a jej suknia łopocze na wietrze. I my też już mogłyśmy się tam bezpiecznie udać i znów po prostu oglądać niebo.

Cieszę się, że mam w podświadomości lepiej poukładane niż w świadomości, choć pewnie należałoby to wypośrodkować. W moim umyśle gdzieś tam stale trwa Lato Miłości. Ahm, na Gwiazdkę dostałam wielki plakat Hair. Już chyba nigdy od tego nie ucieknę.

A dziś wigilia. Nie lubię Świąt, bo nie są takie, jakie chciałabym, żeby były i nie potrafię zrobić tego tak, żeby było dobrze. Może J. ma rację - nie lubimy Świąt, bo nie mieliśmy szansy ich polubić. Nie wiem, czy taka szansa nastanie. Póki co, trzeba tych kilka dni przetrwać. Ostatecznie, to nic już nie znaczy, to tylko scenografia. Choć jest smutno.

A dni sobie lecą. Próbowałam ratować karpie, byłam w dolinie Muminków, jechałam wielką gąsienicą, wigilia wigilii była nieco absurdalna, nad ziemią krąży ufo, słuchałam w autobusie rozmowy Ukraińców, nic nie rozumiałam, ale lubię śpiewność tego języka. Dni sobie lecą i mam przeświadczenie, że lecą ku czemuś. Ale czy mam rację?

... remember the days when he was young, wild and alive... 


wtorek, 19 grudnia 2017

Zdarzają się takie miłe, naprawdę miłe dni, jak wczoraj. Mimo zrywania się o świcie. Wszystko gładko poszło w przychodni (!) i w rektoracie (!!). I na uczelni. Nie było żadnego z dziadów, z którymi dzielimy pokój, mogłam zrobić certyfikaty na konferencję, Wiceprezes dał mi prezent, zdaliśmy sprawozdanie. Potem była wigilia, ciastka, mandarynki, mój tofurnik, dyrekcja złożyła podzięki także doktorantom, graliśmy w PhD Game, było przemiło. Później w małym już gronie poszliśmy na miasto, po drodze daliśmy ciastka bezdomnemu, zjedliśmy pizzę, wypiliśmy grzane wino, poczyniliśmy zwierzenia. Okazało się, że każde z nas ma swoje weltschmerze i odpały, doświadczenia z przychodniami świrologicznymi i jakoś nam się miło zrobiło we własnym gronie, jeszcze milej. Z drugiej strony może rzeczywiście powinni zamknąć nasz kierunek, skoro rodzi on takie problematyczne jednostki... Anyway, była z nami P., nowa doktorantka i różne rzeczy o niej słyszałam wcześniej, ale okazuje się moją bratnią duszą. Ma długie kasztanowe włosy, związane na czubku głowy, porcelanową cerę i wielkie druciane okulary. Smuci się na widok bezpańskich psów, bezdomnych, ludzkich tragedii i małych potknięć, je wegańsko, żyje eko, podobnie patrzy na świat. Później zostaliśmy z Wiceprezesem sami, poszliśmy na grzańca i na przejażdżkę kołem, diabelskim młynem, czy jak to się zwie. Byliśmy śmiertelnie przerażeni, wbijaliśmy w siebie paluchy i wrzeszczeliśmy jak opętani. Było strasznie i śmiesznie. A jeszcze wieczorem z O. machnęłyśmy film o Camino - żebyśmy wiedziały, co nas czeka. Taki udany dzień jak rzadko!

Ale są też dni koszmary i ten jest taki. Już wyrokuję, choć dopiero 17. Nie wiem, czy to w rewanżu za wczoraj czy tak po prostu. Zaczęło się niewinnie - zaspałam. Śniadanie w pośpiechu i wio do miasta. Byłam załatwić jedną ważną życiową sprawę i cały czas się teraz biję z myślami, czy podjęłam dobrą decyzję, bo z jednej strony mnie ustawia, z drugiej uzależnia. No i nie wiem. Później w planach było spotkanie z Noelle, ale zupełnie nagle się pochorowała, więc nie wypaliło. Wciąż jeszcze nie było tragedii. Pojechałam odebrać paszport - podejście nr 2, za pierwszym razem nie zmieściłam się w poczekalni. Dziś szło sprawnie, do czasu. Po 40-minutowym przestoju wyszła pani, oznajmiła awarię systemu paszportowego. Godzina w plecy. Wyszłam i poczułam, że się rozmontowuję. Nie umiałam się zdecydować, czy przejść przez ulicę czy nie, poszłam w końcu, z prawej nadjeżdżała śmierciarka, stanęłam jak głupia na środku jezdni, śmierciarka się zatrzymała, ja stałam dalej, kiedy w końcu ruszyłam, potknęłam się idiotycznie. Poszłam do Zemsty - tam był J., z którym nie wiem, co mnie w tej chwili łączy. Miesiąc temu byliśmy parą, od prawie roku. A teraz nie wiem. Jadł śniadanie, a raczej obiad, głupawo się uśmiechał, wmawiał mi bujne życie miłosne, podczas gdy siedzę w domu i kontaktuję się tylko z Noelle i ludźmi z uczelni, poza tym szedł na pogrzeb i wszystko to razem było tak absurdalne i irytujące... Dalej poszłam szukać oleju z wiesiołka, już sama - on pojechał na pogrzeb. Olej mi potrzebny, bo od 2 miesięcy mam kontuzję cycka. Boli i boli, spać na boku nie idzie, stanika nosić nie idzie. Olej z wiesiołka ponoć dobry na to. W 7 aptekach oleju albo nie było albo był w kapsułkach z żelatyną wieprzową. Dalej. Pisze Hiv, że jest w mieście, próbuję się z nim umówić na obiad, żeby wreszcie spokojnie pogadać, ale albo nie odbiera albo jak już odbiera, warczy na mnie, że poszedł w inne miejsce i nie zamierza się cofać, blablabla. Zaczynam mieć dość. Idę do drogerii po szampon, spotykam znajomą z osiedla, nie chcę z nią gadać, nie dziś, przez te durnowate fejsbuki widzę jej memy z "ciapatymi" i po prostu dziś tego nie przeskoczę. No ale w końcu spotykamy się przy kasie, kurtuazyjna gadka o pogodzie. W końcu wpadam na Hiva, idziemy do Pyra Baru, dostaję żarcie w szarej porcelanowej misce i zaczynam smarkać w serwetkę. J. ma takie miski, ostatnio z takiej miski jadłam u niego zupę, którą wspólnymi siłami zrobiliśmy, tak niedawno i dawno temu jednocześnie. Mam jechać na zajęcia, ale już wiem, że tego nie zrobię, bo jest mi zbyt smutno i zimno. Bo tej jesieni/zimy jest mi 100 razy zimniej niż zawsze, niezależnie od tego, ile bym na siebie nałożyła ciuchów. Zwykle spałam w piżamie, teraz śpię w piżamie, w 2 (!) parach skarpet i swetrze. Podobno to ta tarczyca. Stoimy na przystanku, Hiv wkurza mnie niemożebnie, w końcu przyjeżdża tramwaj. Naprzeciwko mnie siedzi dziewczyna z pomarańczową twarzą. Solarka plus 3 szpachle pudru. Jadę, w butach czuję swoje lodowate stopy, na całym ciele gęsią skórkę. Dojeżdżam na Starołękę. Widzę pływające w wielkiej balii karpie. Przejazd zamknięty. W końcu dochodzę na przystanek a tam tabuny ludzi, bo jakaś wycieczka z gimnazjum. Podjeżdża autobus, oni wszyscy wpadają z jazgotem do środka, zajmują miejsca. Nawet nie próbuję wchodzić do tego autobusu - raz, że i tak nie ma już opcji, dwa, że nawet gdybym się na siłę wepchnęła, hałas i inne ciała na moim ciele byłyby już ponad moje siły. Pada śnieg, siadam na ławce i się telepię. To nic, że mam grube skarpety, podkoszulkę i golf. Przyjeżdża kolejny autobus, siadam. Przede mną siada parka w dresach, po czym stwierdzają, że jeszcze przed odjazdem wyjdą na fajkę. Zajmują sobie miejsca - na jedno rzucają paczkę papieru toaletowego, na drugie pieluchy. Stają pod wiatą, a jakże, i palą. Palą jak w "Dniu Świra", ohydnie jakoś. Rzucają pety przed siebie, pod wiatę, (kosz na śmieci oddalony o 2 metry), wracają do autobusu. On zaczyna drzemać, ona żółtym palcem z żółtym paznokciem rysuje na szybie jakąś pokraczną kukiełkę. Autobus rusza, do mojego siedzenia podchodzi wysoka kobieta o jasnych oczach, pyta, czy wolne, siada obok mnie. Jest cicha, spokojna i odgradza mnie od tego dziwnego świata. W szybie widzę, jak przygryza wargi, tak jak ja. Ciekawe, czy ją też już szczypią - od przygryzania i mrozu.

I taki to dzień. Zły. Zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli mi świat przeszkadza, to najprawdopodobniej coś jest nie tak ze mną i to ja mam problem. Ale w takie dni jak dziś naprawdę się zastanawiam, czy z tym światem też jest wszystko w porządku. Widzę wtedy nie to, jaki jest barwny, złożony, pełen fenomenów, ale to, jaki jest głupi, szpetny i zły.

Mam ochotę rzucić wszystko i wyjechać, zanocować w jakimś motelu. Albo zapukać do czyichś drzwi i żeby otworzył mi starszy, mądry, ciepły pan i opowiadał gawędy ze swojej młodości. Żałuję, że nie mam w domu nic, co by pozwoliło mi się oderwać - jedynie wiśnie w likierze i opium w kadzidle, a to nic nie da. Pozostaje mi "Przystanek Alaska", wzdychanie do Chrisa_o_poranku i rojenia o siedzenie w barze z Hollinga z Edem i rozmowy o filmach albo jedzenie cukierków w sklepie Ruth Anne.

Jeszcze tylko kilka godzin i koszmar się skończy - i ten zewnętrzny i ten w mojej głowie.