niedziela, 20 stycznia 2019

Obiektywnie rzecz biorąc nie jest najfajniej. Jest bałagan totalny i wiele spraw wygląda nie tak, jak powinno.
Tylko czy fakty istnieją?
Bo mimo to mam się, a raczej mamy się nad wyraz dobrze. Tak po prostu dobrze. I może to cud nawet, zwłaszcza w obliczu tego, co do niedawna, przez tak długi długi czas się działo.

Bohemian Rhapsody widziałam już 4 razy, kolejnym seansem bym nie pogardziła.
Z Imbirem nadal mamy komitywę. Ostatnio chodzimy na łąkę w poszukiwaniu żurawi, bo odbiło mi na ich punkcie bardziej niż kiedykolwiek.

Zdarzają się też zrzuty z przeszłości, ale i z przyszłości i trochę nas to z Noelle przerasta, ale jesteśmy dzielne i wesołe.

Zaprzestawszy wojny z promotorem, zlikwidowałam blokady i może nawet uda się ten doktorat wrzucić na odpowiednie tory.

Poza tym zdarzyło się sporo niefajnych rzeczy, takich społeczno-politycznych. Dużo protestów w wielu sprawach. Ale to akurat fajne.

I w świetle tego wszystkiego zastanawiam się nad tym, która szkoła ma rację - czy świat jest na dobrej drodze czy wręcz przeciwnie. I jaką wobec tych opcji należałoby zająć postawę. Rozkminiam od kilku dni i nie wiem kompletnie. A może jakaś trzecia szkoła jest? Tak sobie myślę, że to być może najważniejsze pytanie, jakie sobie możemy zadać.

niedziela, 23 grudnia 2018

Hah, a teraz minęły niemal 2!

Czas sobie płynie, ja sobie choruję i sobie żyję poza tym.

Zmian zauważalnych niby nie ma, ale takich wewnętrznych sporo.
Poza tym mam plan działania i wdrażam go w życie. Ogarniam sobie głowę. Nawet piszę doktorat! Pierwszy raz naprawdę piszę i nie zżymam się nad tym. Po drodze wpadł mi jeden literacki sukcesik.
Przemeblowałam pokój i jest bardziej po mojemu.
Rozważam capoierę albo taniec brzucha. Bo mi się moje ciało wymyka trochę spod kontroli.
Sprzątam - faktycznie i metaforycznie.
Produkuję dużo nowych metafor - średnio co 2 tygodnie.
Rozmawiam z Noelle - bo spotkałyśmy się po 10 latach, można powiedzieć. Rozmawiam też ze sobą, bo i siebie nie widziałam od dekady. To nam dała podróż w czasie. Trochę teraz jesteśmy rozmontowane - odtworzyć sobie 10 lat w najdrobniejszych szczegółach, dzień po dniu. Trwało to 1,5 miesiąca i nic już nie będzie takie samo.

Poza tym wszystko jest w porządku. Mam co jeść i gdzie spać, a Imbir śpi ze mną - ten piechu był dla mnie stworzony! Albo ja dla niego. Bardzo się kumplujemy.

Widziałam "Bohemian Rhapsody" i polecam.

Jutro ponoć wigilia, ale nie obchodzę w tym roku Świąt. Od wielu lat to robiłam, żeby sobie nie odbierać tej magii, której i tak nie było. Wydmuszka. I tylko jojczenie i zrzędzenie. Więc mam to gdzieś i jest mi z tym dobrze. Nie ma pierników, tony żarcia, choinki, prezentów, kartek, sztucznych uśmieszków.

Wspaniałe uczucie - mieć wreszcie w dupie rzeczy, które ode mnie nie zależą. Czego sobie i Wam życzę.

czwartek, 1 listopada 2018

Minął miesiąc, szok. Nie wiem, kiedy. Nie wiem, jaki był. Chyba nieszczególnie fajny, ale nawet tego jakoś nie rejestrowałam. Totalnie nie mam pojęcia, na czym mija mi czas. Obawiam się, że wpadnę w błędne koło marazmu i już się z niego nigdy nie wygrzebię.
Dziś Wszystkich Świętych. Na cmentarzu byłam wczoraj, w Dziady. Byłyśmy też z Noelle na nocnej kolacji przy zniczach, w lesie. Kilka tego typu miłych wydarzeń sobie przypominam. Poza tym raczej nie pamiętam nic. I nie wiem już, czy to, że tak wszystko mi przez palce przelatuje wynika z tego, że jestem chora i to normalne czy z mojej fatalnej kondycji psychicznej, a faktycznie zaczynam podejrzewać, że jest z nią średnio.
Miałam wenę zaczynając notkę, ale w międzyczasie pierdykły korki, było zamieszanie, minęło trochę czasu i jakoś mi ze łba wyleciało wszystko.
Owocnych refleksji.

poniedziałek, 1 października 2018

ostatni kwartał.

I już październik. Cholernie lubię jesień, najchętniej taką jak dziś - rześką i słoneczną. Łazimy z Imbirem i czasem z Rudym na długie spacery. Rudy stał się grubym psem, musimy coś z tym zrobić. Jakieś sprawdzone porady? Imbir się rozbisurmanił. Struł się czymś, więc zeszły tydzień do łatwych nie należał, ale przez to zaczął pakować się do łóżka, a że tylko wtedy nie piszczał, to już tak zostało... On tak kocha wszystko, co miękkie - kołdry, kocyki, poduszki. Nie mam serca mu tego odbierać, bo i doskonale go rozumiem. 
Zmieniła się pora roku - kalendarzowo i pogodowo. Trochę mi brakuje grzanego wina, ale wytrzymam. Jem teraz tak zdrowo, jak nigdy w życiu. Czuję się znośnie. Ręka prawie nie boli, w głowie się prawie nie kręci, pamięć działa normalnie. Trochę rwą plecy i strasznie chce się spać. I to wszystko. Za to cerę mam ładniutką.
Przybył mi kolejny rok. Urodziny były dosyć miłe, pomijawszy moją turbosenność i film, na którym byliśmy, a który nie należał do miłych urodzinowych filmów. Dostałam wuchtylion życzeń, sporej części się w ogóle nie spodziewałam. A oglądaliśmy "Kler". Darmowy urodzinowy bilet do kina tylko tak mogłam wykorzystać, bo tylko to grali. A że była premiera, to były dzikie tłumy. No cóż. Obawiam się, że się ludziska będą kłócić i dzielić i tyle z tego będzie. A ja osobiście nie chcę już więcej Smarzowskiego. Zawsze mam potem wrażenie, że wszystko jest złe, wszędzie jest zło i nie da się nigdzie uciec. 
A tymczasem chyba tak nie jest. Ostatnio mam wrażenie, że tak nie jest. Przynajmniej nie całkiem. 

***
Zatęskniłam za jesienią sprzed 7 (!) lat. Kiedy siedziałam w osiedlowym lumpeksie, wśród starych ładnych ubrań, ruchu prawie nie było, miałam wielki stary zeszyt, który zapisywałam na zielono, piłam mnóstwo herbat, słuchałam fajnych audycji w Trójce. A popołudniami przychodził Z, Piotruś Pan, i długo jeszcze siedzieliśmy i rozmawialiśmy o wszelakich niepokojach.

piątek, 21 września 2018

zimowanie

Dziś ponoć ostatni letni dzień. Idę niedługo na spacer, choć nie wiem, czy dam radę wytrzymać bez łazienki - sikam jak opętana, detoks na całego. Zwykle nie lubię, gdy lato się kończy, zawsze żałuję, że za mało zjadłam truskawek, za mało pływałam i byłam na słońcu, wszystkiego za mało. W tym roku wiem, że i tak już więcej nie jestem na siłach wycisnąć i w zasadzie na to, jak teraz jest, to i tak jest nieźle, na słońcu siedziałam od marca, dużo jeździłam rowerem, truskawek też było sporo, zaliczone wycieczki po Bałkanach, zaliczony Woodstock i Sopot, kąpiele w basenach, morzach i jeziorach, nawet na golasa, zaliczone imprezy, ślub Kamali i spotkania z najważniejszymi, od dawna niewidzianymi. Chyba starczy. Teraz może już przyjść jesień. Mam całkiem poważne plany. Do końca września załatwiam jeszcze zaległe sprawy papierologiczne na uczelni i w sądzie, spotykam ze znajomymi. Dziś z dawnym Druhem moim, ostatni raz widzieliśmy się w lutym i wszystko było tak bardzo inaczej. A wczoraj z Sąsiadką, która z jednego końca Poznania, w zasadzie przedmieść, przeniosła się na drugi. Nie pracuje, też ma obostrzenia jedzeniowe i piciowe i niewiele robi, z tym, że ona jest w ciąży. Dobra wiadomość. Zła tylko na los jestem, że moja asceza nie wynika z takich pozytywnych rzeczy tylko z choróbska. A choróbsko sobie jest wraz z koinfekcjami, chlamydia pneumoniaebartonella henselae u mnie, u Kamali bartonella henselae i bartonella quintana. Reszty koinfekcji brak, ale czekamy jeszcze na wyniki dwóch. Czujemy się różnie bardzo. U mnie trzeci tydzień leków, u Kamali drugi miesiąc ziół, po niedzieli wspólna wizyta. I zobaczymy.
A jutro zaczyna się jesień, na którą przygotowuję się starannie bardzo, mam kolorowe ocieplacze, morelowy sweter, kadzidła i inne bajery, kocyki i chustki, bo coś mi się zdaje, że nie będę szczególnie aktywna tej jesieni i zimy. Więc niech zimowanie miłe będzie. Jutro też stęskniona za czymś słodkim zrobię wegańskie bezcukrowe i bezbiałomąkowe ciasto - oby się udało!
A poza tym nastąpiła mała rewolucja. Przyszło mi do głowy już dawno temu, bo w schronisku w Osijek, że chyba czas na jakieś zwierzątko. Życie bez zwierzątka puste jest przecież. Potem wróciłam i było niefajnie i nadal jest niefajnie, ale w poszukiwaniu motywacji do życia i wstawania z łóżka postanowiłam, że teraz będzie na to idealny moment. Pomyślałam o rudym kocie - znalazłam dwa fajne sierściuchy, jednego nawet odwiedziliśmy. Drugiego w zasadzie też, a pojechaliśmy do niego daleeeekoooo. No ale ostatecznie wróciła z nami taka bida:
To jest Imbir, mały piechu ze schroniska. Rudy, pies lubego, bardzo zadowolony z towarzystwa, ja motywację mam i generalnie jest 100 razy lepiej i weselej i sensowniej.